środa, 29 kwietnia 2015

Walcząc o Miłość: 7





 - Dziękuję ci – usłyszała barytonowy głos. Nie wierzyła własnym uszom. Federico Pasquarelli dziękował! Zszokowana otworzyła oczy zastanawiając się, czy jej wróg nie zwariował.
    - Co? – to było jedyne pytanie, które dała radę wypowiedzieć.
    Pasquarelli prychnął pogardliwie.
    - Co „co”, Ferro? Nie masz w słowniku takiego wyrazu jak „dziękuję”? Chyba nie muszę tłumaczyć co ono znaczy – warknął spoglądając złośliwie na blondynkę. Dziwnie się czuł, kiedy tak na nią patrzył – nie odczuwał do niej nienawiści takiej, jak kiedyś. Jednak ciągle sprawiało mu radość denerwowanie jej. Wyglądała wtedy uroczo...
    - Chodziło o to, za co mi dziękujesz – odburknęła cicho, lecz mężczyzna to usłyszał i uśmiechnął się triumfalnie.
    - To chyba oczywiste – jego ton wyraźnie wskazywał, że powód podziękowań skierowanych w stronę kobiety powinien być oczywisty. – Za to, że doskonale zajmowałaś się moim synem. Swoją drogą, nie sądziłem, że obdarzy cię tak wielką sympatią.
    - Nie sądziłeś? – zapytała wybita z pantałyku. – To ty wiedziałeś...?
    Pasquarelli uderzył się w czoło, jakby o czymś zapomniał.
    - No tak, Ferro. Zapomniałem z kim mam do czynienia – teatralnie wskazał ją niedbałym ruchem dłoni, nieświadomie odgarnął z czoła kosmyk włosów, który mu przeszkadzał. – Jak to możliwe? Myślałaś, że nie wiem, kogo trzymam pod własnym dachem? Ten, kto nadał ci ten tytuł musiał być ślepy. No, chyba że to był Andres, ale przecież, tak swoją drogą, on jest ślepy i głupi.
    - Nie obrażaj moich przyjaciół, Pasquarelli – powiedziała na tyle głośno, na ile pozwalał jej w tym momencie głos.
    - Tak się składa, Ferro, że jesteśmy w moim domu, a jak pewnie wiesz „wolność Tomku w swoim domku”. Nie mów, że tego nie znasz, bo i tak ci nie uwierzę. Poza tym nawet mój syn wie, że nie potrafisz kłamać, dlatego proszę, oszczędź mi tych nieudanych łgarstw. Im więcej gadasz, tym gorzej dla ciebie – dodał widząc, że chce coś powiedzieć.
    - Od kiedy tak się przejmujesz tym, co jest dobre dla mnie? – zapytała siląc się na ironię.
    Nieudolnie, co zauważył Federico uśmiechając się do niej bezczelnie.
    - Może od czasu, w którym zacząłem ci płacić za opiekę i naukę mojego dziecka?
    - Nikt ci tego nie każe robić – odpyskowała.
    - Oczywiście – odpowiedział siadając na krześle. – Ale jak wiesz, to ja decyduję kto, co, gdzie i jak w tym domu. A jeśli powiedziałem, że chcę, żebyś pracowała dla mnie - to tak będzie.
    - Nie pracuję dla ciebie. Pracuję dla Rugg'a.
    Fede spojrzał na nią z rozbawieniem.
    - Poprawka: pracujesz dla mnie zajmując się Ruggero. To ja ci płacę, a nie on. Poza tym nie wykorzystuj mojego dziecka do podważania moich argumentów.
    Na chwilę w pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Ludmiła, podobnie jak Federico była pochłonięta we własnych myślach. Zastanawiała się, jak to się stało, że nie skojarzyła małego blondynka z jej odwiecznym wrogiem. Przecież byli jak dwie krople wody.
    Z tą różnicą, że oczy Ruggusia wyrażały miłość, zaś Malfoya chłód i niedostępność.
    - Dlaczego mnie przyjąłeś na to stanowisko? – zapytała po chwili ciszy.
    - Nie wiem co mną kierowało – odpowiedział nazbyt szczerze, co zaskoczyło jego samego tak samo, jak Ludmiłę. – Kiedy zadzwoniłaś do Babci właśnie wtedy zastanawialiśmy się nad przyjęciem na tą posadę kogoś innego, jednak kiedy usłyszałem twoje nazwisko od razu podjąłem ostateczną decyzje.
    - Chciałeś mnie upokorzyć, prawda? – zapytała.
    - Upokorzyć? – zapytał zaskoczony. – Ferro, to zaszczyt dla ciebie, że przebywasz w towarzystwie mojego syna. Powinnaś oddawać mu hołd za to, że chce mieć z tobą do czynienia.
    - Nie przesadzaj – warknęła – twój synek nie jest wcale taki kochany, jak ci się wydaje. – Zełgała, jednak Pasquarelli uniósł leniwie lewą brew, sprawiając że Ludmiła zrobiła się cała czerwona ze wstydu. Rzeczywiście, nie potrafiła kłamać. Małego traktowała jak najwspanialsze dziecko na świecie.
    - A już miałem nadzieję, że się zmieniłaś, Ferro – powiedział rozbawiony wyciągając zza pazuchy nóż. – Ale nie. Tyle, że wiesz... – dodał nagle znajdując się przy niej i szepcząc do ucha – nie waż się więcej obrażać mojego dziecka, bo inaczej cię zabiję. Możesz obrażać mnie, ale nie Ruggero, zrozumiałaś? – przyłożył nóż do jej gardła.
    - Nigdy bym go nie obraziła – powiedziała cicho starając się, by nie usłyszał w jej głosie paniki.
    - Ja myślę – odpowiedział Pasquarelli, po czym się odsunął krzycząc: - Na Boga! Znalazła Babcia tą maść czy nie?!
    Babcia natychmiast weszła do kuchni z małą tubką, którą podała mojemu pracodawcy. On chwilę spoglądał na jej zawartość, po czym podał Ludmile.
    - Masz. Twoje zdrowie, Ferro– powiedział unosząc brwi i przy okazji uśmiechając się złośliwie. Dziewczyna wykorzystała na raz całą tubkę, spachniała ohydnie, ale zadziałała natychmiast: rany zaczęły znikać, a zamiast swędzenia czuła lekkie mrowienie przynoszące ulgę. Nie zauważyła, że Pasquarelli przygląda jej się z lekką obawą ściskając mocno pięści tak, że aż zbielały mu knykcie. Zamknęła oczy chcąc się zrelaksować. Czuła się tak dobrze...
    -Ferro – wyszeptał Pasquarelli, ale kiedy Ludmiła nic mu nie odpowiedziała podszedł do niej i lekką nią potrząsnął. – Ferro?
    To też jednak nie podziałało, więc zrobił coś, czego nikt nigdy by się po nim nie spodziewał – uderzył ją w twarz.
    - FERRO! – warknął, kiedy dziewczyna otworzyła przymrużone oczy. – Wstawaj.
    - Chcę spać – odpowiedziała.
    - Nie możesz spać. Pamiętaj, że nie jesteś tutaj od spania, tylko od zajęcia się Ruggem.
    - To jego wina, że pogryzły mnie komary. Chciał iść łowić ryby. No to ma te ryby.
    - To nie jest jego wina, tylko twoja, idiotko! –Pasquarelli był wściekły. Nie mógł pozwolić, by dziewczyna zasnęła. Mogłaby to mieć niewłaściwe skutki uboczne. – Trzeba było wypsikać się odpowiednim specyfikiem.
    - Nie mam takiego – odpowiedziała czerwieniąc się przy tym jak piwonia. Federico poczuł, że zaraz go szlag trafi, jeśli dziewczyna nie weźmie się w garść.
    - Chyba odznaczę ten dzień świętem narodowym – zaszydził Pasquarelli. - Ferro nie jest taka idealna.
Chyba zaraz umrę z wrażenia. Ostrzegam cię, Ludmiło. Jeśli w tej chwili nie wstaniesz to wywalę cię stąd na zbity pysk i dam ci taką opinię, że nawet na sprzątaczkę cię nie przyjmą.
    - Ależ,Federico! Wyrażaj się w stosunku do damy –  zawołała urażona Babcia.
    - Przepraszam, ma Babcia rację – odpowiedział skruszony Pasquarelli, co sprawiło, że Ludmiła otworzyła oczy. – No wreszcie, Ferro. A teraz wstawaj i chodź – chwycił ją za rękę podrywając ją z kanapy i wyprowadzając z kuchni.
    Ludmiła, która jeszcze nie doszła do siebie, szła za brunetem, prowadzona za rękę jak małe dziecko, do salonu, gdzie czekał na nich Rugguś. Był cały zapłakany. Blondyka natychmiast zrozumiała, że powinna była szybciej posłuchać Federico i przyjść zobaczyć, co z chłopcem. Szybko wyrwała rękę z uścisku mężczyzny, by po chwili znaleźć się przy blondynku i przytulić go jak najcenniejszy skarb.
    - Spokojnie. Dlaczego płaczesz? – zapytała słodkim głosem, który sprawił, że Federico, który stał nieopodal musiał się czegoś przytrzymać, by nie upaść z wrażenia. Jej ton był tak przesiąknięty dobrocią i miłością, że mężczyzna ze szczerą przyjemnością stwierdził, że mógłby go słuchać cały czas. Po chwili zrozumiał, co właśnie pomyślał i sprawiło to, że spojrzał na Ludmiłę jak na kobietę. Prawdziwą kobietę.
    - Bo... ja... – zaczął Rugg chlipiąc. – Ludmiło! – rzucił jej się na szyję tuląc najmocniej jak potrafił. – To moja wina...
    Fede patrzył na tą sytuację z przerażeniem. Jego dziecko tuliło się do Blondynki oskarżając siebie za to, że, z jej głupoty, stała jej się krzywda. Nie mógł tego znieść. Serce go bolało na ten widok, ale nie mógł nic zrobić. Nie mógł podejść do kobiety i odebrać jej dziecka, bo sprawiłby tym blondynkowi większy ból. A tego przecież nie chciał. Musiał czekać na dalszy rozwój sytuacji.
    - Ruggero, co ty mówisz? – zapytała zaskoczona Ludmiła. – Kto ci naopowiadał takich głupot?
    - Anna mówiła... że jesteś chola... przes komaly... – wypowiedział malec płacząc jeszcze głośniej.
    - Właśnie: przez komary, a nie przez ciebie, kochanie – Ludmiła nie cierpiała zwracać się do niego w takich sytuacjach po imieniu: było dla niego zbyt dorosłe. – No, już, skarbeńku, nie płacz, przecież nic mi nie jest. Zobacz. Tatuś podał mi lek i już jestem zdrowa – chłopiec spojrzał zapłakanymi oczkami na Ludmiłę. – Widzisz? Już w porządku. Jestem cała i zdrowa.
    Mały blondynek uśmiechnął się lekko do dziewczyny, na co ona instynktownie pocałowała go w czółko.
    - Kochanie – zwróciła się do chłopczyka – nigdy nie myśl, że coś mogłoby się komuś stać z twojej winy. To nie prawda! Jesteś najwspanialszym chłopcem, jakiego znam, słoneczko. Jak więc ktoś o tak dobrym serduszku jak ty mógłby sądzić, że ktoś przez niego cierpi?
    Fede mimowolnie zagryzł dolną wargę. Nie mógł słuchać, jak ta kobieta zwraca się do jego syna. Nie mógł zrozumieć, jak ktoś taki jak Ferro mógł mieć doskonałe podejście do jego dziecka. Do tej pory żadnej się nie udawało. Żadnej. A tu? Ferro od razu trafiła do jego serca...
    - Ale mama Lena przeze mnie umalła – wyszeptał cicho patrząc niepewnie na Federico, nie wiedząc, jak się zachować. Lud poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Tak bardzo kochała tego małego blondynka...
    - Skarbie – powiedziała odwracając się w stronę bruneta. – Twoja mamusia nie umarła przez ciebie, rozumiesz? – zapytała chłopca nie patrząc w stronę Federico, mimo że podążała w jego kierunku. – Twoja mamusia umarła, bo była chora, prawda Fede? – zapytała.
    - Prawda – odpowiedział zdławionym głosem. – I nie wolno ci sądzić inaczej, Ruggero – Ludmiła skrzywiła się, kiedy usłyszała imię chłopca wypowiedziane przez Federico. – I nie przejmuj się Ludmiłą. Nic jej nie jest i nic się jej nie stanie, dopóki będzie z nami, prawda synku?
    - Tak – odpowiedział chłopiec mocniej się przytulając do dziewczyny. – Lusia zostaniesz ze mną na zawsze? – zapytał z nadzieją w głosie, na co dziewczyna zesztywniała. Popatrzyła na Federico wzrokiem Zobacz-Co-Ty-Zrobiłeś, po czym roześmiała się, jakby to był dobry żart. Pocałowała Ruggero w czółko, po czym podała go Pasquarelli'emu.
    - Zostanę z tobą, skarbie tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował.
    Mały się uśmiechnął promiennie najpierw do Ludmiły, a potem do ojca, który go przytulił do siebie. Spojrzał na dziewczynę wdzięcznie wypowiadając szeptem „dziękuję”, na co blondynka odpowiedziała lekkim, ale nieśmiałym uśmiechem. Oboje wiedzieli, że jeśli chcą, by dziecko było szczęśliwe, to muszę przestać odnosić się do siebie wrogo.
    A przynajmniej w obecności Ruggero...




Hej, mam wielką prośbę czy moglibyście pozadawać mi pytania. Nie jako bohaterowie tylko mi w zakładce. Na te wcześniej dodane do bohaterów postaram się odpowiedzieć . :D

12 Komów od różnych osób= NOWY ROZDZIAŁ.


piątek, 24 kwietnia 2015

Liebster Blog Award <3


Zostałam nominowana przez moją misie      Dzięki Kochana!!!! <3



Pytania od Mechiś <3:
1. Ulubiony aktor/aktorka?
Emma Watson, Tom Felton, Kristen Stewart :D
2. Ulubiony kolor?

Lubie wszystkie kolory ale jeśli miałabym wybrać to Czerwony, Czarny, Biały
3. Ulubione blogi i bloggerzy?

Ty :), Moniczka ogólnie kocham wszystkie blogi długo by wymieniać
4. Czytasz mojego bloga? Co o nim sądzisz? Co byś w nim zmieniła?

Twój blog jest Super!!! Nic bym nie zmieniła <3
5. Ulubiona para z Violetty?

Fedemiła <3
6. Ulubiona postać z Violetty?

Federico
7. Twoje największe marzenie?

Zwiedzić świat i skończyć jak najlepszą szkołę
8. Kiedy masz urodziny?

4 lipca :) Święto w Ameryce 
9. Czemu założyłaś bloga?

Miałam taki kaprys, chciałam gdzieś umieścić swoje wypociny niż w szufladzie.
10. Do jakich fandomów należysz?

Potterhead, V-lovers i wiele, wiele innych 
11. Co lubisz robić w wolnym czasie?

Oglądać telewizje, czytać i pisać 


 Nominuję:


1.Fedemila Ti Credo
2.Fedemila opowiadania
3.You are in my heart~Fedemila
4.Never lose hope :3
5.Boom Clap
6.Incluya sus pensamientos en sus propias palabras
7.Fedemila~Nic nie dzieje się przypadkiem
8.Marzenia- czasem tylko one nam zostają ♥
9. FEDEMILA PASQUARELLI I PRZYJACIELE


Moje pytania:

1. Ulubiony aktor/aktorka?
2. Ulubiony kolor?
3. Ulubione blogi i bloggerzy?
4. Czytasz mojego bloga? Co o nim sądzisz? Co byś w nim zmieniła?
5. Ulubiona para z Violetty?
6. Ulubiona postać z Violetty?
7. Twoje największe marzenie?
8. Kiedy masz urodziny?
9. Czemu założyłaś bloga?
10. Do jakich fandomów należysz?
11. Co lubisz robić w wolnym czasie?



:D Takie same jak dostałam + Ul. Serial  i Czy oglądacie Chica Vampiro? <3



Walcząc o Miłość: 6





    - Ludmi, wstawaj! – gdzieś w oddali nawoływał ją głosik, jednak ona nie miała ochoty go słuchać. Odwróciła się na drugi bok, by po chwili podskoczyć przestraszona.
    - Rugg! – zawołała. – Która godzina?
    Mały blondynek spojrzał na dziewczynę z figlarnymi iskrami w oczach. Po chwili dał jej całusa w policzek, zeskoczył z łóżka i wybiegł z pokoju.
    Już ponad trzy miesiące mieszkała w rezydencji i ciągle nie mogła się przyzwyczaić do tego, że maluch ciągle czymś zaskakiwał. Dzień wcześniej zażyczył sobie, by poszli na ryby. Ludmiła przez piętnaście minut próbowała odwieść go od tego pomysłu, ale w końcu musiała się poddać. Nic nie mogło odciągnąć Ruggero od najbardziej męskiej rzeczy: on po prostu uwielbiał łowić ryby. Kiedy Ludmiła, siedząc z nim nad brzegiem jeziora zapytała skąd wzięła się u niego taka pasja, odpowiedział tylko:
    - Tata lubi łowić ryby.
    I to tyle. Dziewczyna niejednokrotnie próbowała wyciągnąć z chłopca informacje na temat jego ojca., jednak on nigdy nie mówił o nim nic poza „tata” bądź „tatuś”. Nie chciał nawet zdradzić, jak mężczyzna ma na imię.
    - Jakby to była jakaś tajemnica – warknęła do siebie Ludmiła wstając z łóżka, by chwycić swoje ubrania, która miała przygotowane na dzisiejszy dzień. Była na siebie zła – wczoraj pogryzły ją komary, a ona miała na nie uczulenie. Ku jej nieszczęściu nie miała pod ręką żadnego lekarstwa, który mógłby uśmierzyć ból, a nie chciała prosić Babcię, by sprawdziła, czy nie ma zapasu w apteczce. Wolała wybrać się na Miasto.
    Ludmiła szybko przebrała się w świeże, pachnące lawendą ubrania, po czym zeszła do kuchni na śniadanie, gdzie siedział już cały personel. Wszyscy zajadali się angielskimi tostami z dżemem.
    - Dzień dobry! – powitała Ludmiłę Joanna nakładająca właśnie dżem na tosta.
    - Dzień dobry – odpowiedziała blondynka nie chcąc zdradzić, że ma ochotę rzucić się na swoje ciało z paznokciami, by drapać rany, które potwornie swędziały. Z całej siły zacisnęła ręce w pieści, zasiadła do stołu i zastanowiła się co by tu zjeść, by nie sprawić, żeby ugryzienia nie drażniły jeszcze bardziej. Doszła do wniosku, że zje suche tosty.
    - Czyżby ktoś miał zły dzień? – zapytał złośliwie kamerdyner patrząc na pochmurną twarz Ludmiły.
    - Nie pański interes – odwarknęła Ludmiła wgryzając się w pieczywo. Przez kilka minut jadła, po czym, nagle wstając, potarła kantem stołu ranę na udzie przez co mimowolnie zareagowała. Zaczęła drapać z całej siły, a do jej oczu napłynęły łzy. Jak ona nienawidziła komarów!
    - Ludmiło, co się dzieje? – zapytała Babcia patrząc na dziewczynę z lękiem.
    - Wczoraj... byłam... – zaczęła mówić drapiąc się jednocześnie po plecach, co wyglądało jednocześnie komicznie oraz tragicznie. – ...na... rybach ze... Ruggusiem... I pogryzły mnie... komary... A ja mam... uczulenie – ostatni wyraz wręcz wypiszczała, kiedy poczuła, że po ręce leci krew.
    Anna zareagowała natychmiast podbiegając do apteczki. Przeszukała całą, po czym się odwróciła ze smutkiem.
    - Babciu, nie mamy nic! – zawołała, na co Babcia zareagowała szybko.
    - Joanno... – zaczęła, ale nie skończyła, bo Ludmiła zaczęła nagle się dusić. – Evanie, połóż ją na kanapę – zawołała. – Joanno, ty biegnij po pana. On zna się na takich rzeczach, będzie wiedział co zrobić.
    - Ale... – zaczęła protestować Ludmiła.
    - Nic się nie martw, kochaniutka, pan studiował medycynę. Będzie wiedział jak ci pomóc. Szkoda, że nie został lekarzem... – dodała smutno. – Anno, zrób Ludmile zimny okład!
    Kamerdyner z ogrodnikiem Stanem wyszli zostawiając Ludmiłę z Babcią i Anną. Przez chwilę wszystko się nieco uspokoiło, kiedy nagle Ludmiła poczuła, że robi jej się słabo. I to tym razem nie ugryzienia przez komary były przyczyną zasłabnięcia.
    Do pomieszczenia wszedł wysoki mężczyzna o brązowych włosach i piwnych oczach. Ludmiła mimowolnie pomyślała, że mężczyzna był bardzo przystojny, i gdyby nie fakt, że się już źle czuła, to zemdlałaby tylko na jego widok.
    Przez chwilę patrzyła na mężczyznę zamglonym wzrokiem, po czym uświadomiła sobie na kogo patrzy. I jak patrzy!
    Przed nią stał Federico Pasquarelli, jej odwieczna miłość z czasów szkolnych, którego nienawidziła całym sercem po pewny incydencie... Po zakończeniu nauki w Studiu miała nadzieję, że już nigdy go nie spotka, a właśnie sobie uświadomiła, że Ruggero, mimo cudownego charakteru i innych włosów, był idealną kopią ojca. Jęknęła bezgłośnie, po czym z całej siły wyraziła swoje niezadowolenie.
    - OCH, NIE! – wydobyło się nie tylko z jej ust.
    - Cóż za spotkanie – warknęła Ludmiła. – Miałam nadzieję, że już do końca życia cię nie spotkam, Pasquarelli.
    - Cóż za ironia – odpowiedział tym samym tonem, co blondynka. – Tak się składa, że mogę osobiście sprawić, byś szybko się pożegnała z tym światem, Lud.
    Przez chwilę mierzyli się nienawistnym wzrokiem. Babcia szybko zorientowała się w zaistniałej sytuacji.
    -Federico – zwróciła się ciepłym głosem do bruneta. – Pomóż Ludmiłce. Wczoraj była z Ruggero na rybach i pogryzły ją komary...
    - Cudowny chłopiec – powiedział zachwycony Fede. – Instynktownie wie, kto jest zbędny na tym świecie i wie co z tym zrobić.
    - Panie Pasquarelli! – zawołała zszokowana Anna, na co Federico, ku przerażeniu Ludmiły zaśmiał się tak, jak pierwszego dnia zaśmiał się Ruggero.
    - Żartuję, Anno.
    Ludmile zdawało się, że śni. Pasquarelli żartujący ze służbą? To było nie do pomyślenia!
    - Co, Ferro? Uczulenie na komarki się ma? – zapytał złośliwie.
    - Co, Pasquarelli? Odzywamy się do Supernowej? – warknęła w odpowiedzi.
    - Przestań, Ferro. W tym domu nie używamy takich wulgaryzmów – warknął siadając na kanapie. Pochylił się nad nią, by sprawdzić jej rany. Bezwiednie odsunęła się, na co on zaśmiał się złośliwie. Uwielbiał ją denerwować. – Nie mogę zrozumieć, Babciu, jak mogłaś przyjąć na stanowisko guwernantki blondynkę, a tym bardziej kobietę, z którą mój syn nie może pójść na ryby.
    - Wiesz, że wędkowanie to pasja prawdziwych mężczyzn , Pasquarelli?
    - Wiesz, że nie ciebie pytałem, Ferro?
    - Och, wcale mnie to nie dziwi, Pasquarelli. To takie w twoim stylu. Zastanawia mnie jedno – dodała, chcąc ukryć, że jej oddech przyśpieszył pod wpływem dotyku rąk Federa. – Jak to się stało, że twój syn jest takim cudownym dzieckiem, kiedy za ojca ma taką szumowinę, jak ty.
    Federico pochylił się bardziej nad blondynką, po czym mocno ścisnął jej nadgarstek -ten, który był najbardziej naznaczony jadem komara.
    - Ferro, nie zapominaj gdzie i u kogo się znajdujesz – wycedził przez zęby tak, by tylko ona to usłyszała, po czym dodał. – Myślę, że mam maść na te ugryzienia – powiedział do Babci. – Jest w moim gabinecie w lewej szafce nad komodą. Wiesz gdzie – dodał tonem „Czy-możesz-wyjść-muszę-z-nią-porozmawiać-na-osobności”. – Anno, czy mogłabyś sprawdzić, co się dzieje z Rugge'm? – dodał uśmiechając się do niej czarująco. Po chwili dziewczyna i Babcia wyszły z kuchni pozostawiając Federico z Ludmiłą sam na sam.

    Dziewczyna zamknęła oczy obawiając się, że Pasquarelli po prostu ją otruje, by później rozpowiedzieć wszystkim, że niestety, ale było za późno, by uratować Wielką-Supernove-Ferro. Jednak to co usłyszała sprawiło, że Ludmiła Ferro otworzyła oczy patrząc zszokowana na swojego pracodawcę...




*****************************

Tadam, mam nadzieję, że wam się podoba już niedługo będzie się działo! :)

niedziela, 19 kwietnia 2015

NOWY POST


Pojawi się w przyszłym tygodniu najprawdopodobniej w piątek. Wystąpiły pewne komplikacje przepraszam mam nadzieje, ze mnie zrozumiecie. :(

wtorek, 14 kwietnia 2015


Walcząc o Miłość:5


Najdłuższy w całej historii :D






  - Babcia! – kiedy Ludmiła schodziła do salonu usłyszała głos małego chłopca. Przystanęła chcąc się uspokoić. Bała się tego spotkania – nie wiedziała jak podejść do dziecka, które jest wychowywane w takich luksusach. Zastanawiała się, czy nie będzie źle się do niej odnosiło tylko dlatego, że jest biedniejsza. Poza tym, miała nadzieję, że pomimo tej niedogodności uda jej się sprawić, że chłopiec ją polubi.
    - Już jesteś, skarbie! – odpowiedziała Babcia, której głos zdradzał wzruszenie. – Jak było u dziadków? – zapytała.
    - Super! – odpowiedział malec, kiedy Ludmiła stanęła w drzwiach. – Babcia z dziadkiem zabrali mnie na wycieczkę do lasu! – chłopiec relacjonował wszystko z największą pasją. – Była z nami ciocia Naty! I dziadek kupił mi misia! Popatrz! – zawołał odwracając się w stronę drzwi, gdzie momentalnie ucichł widząc uśmiechniętą nieznajomą kobietę.
    Chłopiec był wzrostu Daniela, który także miał cztery latka, jednak różnił ich wygląd. Dan całkowicie był identyczną kopią Leona, z tą różnicą, że miał oczy po Vilu, zaś malec stojący przed nią... Był uroczy! Blondynek o bladej twarzy, z zarumienionymi policzkami. Oczy miał brązowe jak czekolada, z których tryskała miłość do wszystkiego, co żyje. Ludmiła odniosła wrażenie, że już widziała gdzieś podobne oczy, ale nie mogła sobie przypomnieć, kto był ich właścicielem. To jednak nie było w tej chwili istotne. Chłopiec miał otworzone usta w zaskoczeniu, a patrzył na Ludmiłe tak - zawstydziła się na tą myśl - jak na najpiękniejszą kobietę na świecie. Obdarzyła go lekkim uśmiechem, na co jego rumieńce stały się jeszcze bardziej widoczne. Zauroczył ją od pierwszego wejrzenia.
    - Cześć, jestem Ludmiła. A ty? – powiedziała kucając i zarazem uśmiechając się promiennie. Nie chciała, żeby między nimi była jakaś różnica. Chciała, by wiedział, że są sobie całkowicie równi bez względu na wiek.
    Blondynek spojrzał na Babcię, która uśmiechała się do niego ze łzami w oczach. Kiwnęła głową, żeby podszedł do Ludmiły. Po chwili znajdował się przed Ludmiłą patrząc w jej piwne oczy.
    - Cześć – powiedział zawstydzony, a Ludmiła poczuła, że rozpływa się pod wzrokiem chłopca, który patrzył na nią z niepewnością, a zarazem z zainteresowaniem. – Mam na imię Ruggero – dodał tak cicho, że Ludmiła ledwo usłyszała.
    - A ile masz lat? – zapytała ciągle się uśmiechając i nie zwracając uwagi na to, że cały personel przyglądał się już jej rozmowie z blondynkiem.
    Przez chwilę malec wpatrywał się w swoje rączki, po czym zaczął odliczać: dwa przy prawej rączce i dwa przy lewej.
    - Tyle! – zawołał odwzajemniając jej uśmiech.
    - A wiesz, ile to jest? – zapytała podejrzliwie odsłaniając przy okazji swoje górne zęby, na co malec zareagował cudownym perlistym dźwiękiem.
    - Tak! Tata mnie nauczył – dodał ciszej, jakby chcąc zachować to w tajemnicy. – To jest... Raz... Dwa... Trzy... Cztery... – zaczął powoli odliczać. – CZTERY! – zawołał szczerząc się do niej. – Mam cztery lata – dodał takim tonem, który oznaczał, że był z siebie dumny. Ludmiła zaczęła się śmiać.
    - Musisz mieć mądrego tatę – powiedziała Ludmiła mając nadzieję, że wreszcie się dowie czegoś więcej o swoim pracodawcy.
    - Ja kocham tatę! – zawołał Rugg. – Mój tata jest dobly, ale babcia i dziadek mówią – dodał ciszej przybliżając się do niej – mówią, że tata mnie nie kocha, bo on nie ma dla mnie casu – ton jego wyraźnie mówił, że jest z tego powodu bardzo smutny.
    Ludmiła spojrzała na niego z przerażeniem.
    - To nie prawda! – powiedziała do blondynka, ocierając jednocześnie łzę, która zaczęła spływać po małym zaróżowionym policzku. – Tata bardzo cię kocha, dlatego tutaj jestem – dodała spoglądając mu w jego czekoladowe oczy.
     - Jesteś moją mamą? – wyszeptał, na co Ludmiła zesztywniała. Przecież dziecko chyba wiedziało, ze jego mamusia umarła? Każdy normalny rodzic powiedziałby dziecku prawdę. Chyba, że ktoś byłby takim tyranem jak jej matka. W to jednak Ludmiła nie mogła uwierzyć.
     - Kochanie, ja... – zaczęła szeptem, ale mały Ruggero przerwał jej.
     - Bo mama Lena jest w niebie, ale tata mówi, ze mam tes drugą mamusię, która niedługo psyjdzie. I tata mówi, że ją poznam, bo jest najładniejszą mamą na świecie – dodał chłopiec z zaszklonymi oczami od łez.
    Ludmiła poczuła, że rośnie w jej gardle jakaś gula, która nie pozwala jej nic mówić. Słowa małego sprawiły, że nie wiedziała jak się zachować. Miała ochotę uciekać jak najdalej od tego dziecka, które wywołało w niej tyle sprzecznych ze sobą emocji, ale również nie chciała zostawiać go samego – nie potrafiła od niego odejść.
    Nigdy nie sądziła, że jakieś dziecko będzie chciało mieć ją za matkę. Sama bardzo pragnęła mieć dziecko, ale nie wierzyła w to od chwili, kiedy została porzucona. Nie wierzyła, że może być jeszcze szczęśliwa... A tutaj, nagle i niespodziewanie, mała urocza istotka pragnie by była jej mamą.
    - Skarbie, to zależy tylko od twojego taty – powiedziała cicho Ludmiła, wiedząc, że nikt nie słyszy ich rozmowy. – To twój tata zadecyduje o tym, kto będzie twoją mamusią. Wiedz jednak, że to on ci pierwszy o niej powie. Ja tylko jestem tutaj, by się z tobą bawić i opiekować, kiedy twojego taty nie ma w domu.
    Malec popatrzył na nią smutnym wzrokiem, po czym westchnął. Ludmiła poczuła, że łzy napływają jej do oczu, a serce ściska się z bólu, widząc w jego oczach zawód. Nie mogła nic zrobić. Przecież ona nawet nie wiedziała, kim jest ojciec chłopca. Ruggero jednak się tym nie przejął, tylko przytulił swe drobne ciałko do Ludmiły, kompletnie ją tym zaskakując. Odwzajemniła uścisk przyglądając się reakcji personelu. Babcia, łącznie z Anną i Joanną, miała łzy w oczach, zaś ogrodnik Stan klasnął w ręce, by po chwili otrzeć słoną kroplę spływającą po jego zmarszczonym policzku. Nieodgadnione były jednak emocje kamerdynera, który po prostu patrzył na małego chłopca całkowicie ignorując Ludmiłę. Dziewczyna lekko westchnęła, po czym wzięła Rugga na ręce.
    - A wiesz? – spytała nagle. – Zdaje mi się, że ktoś coś wspominał o tym, że dostał misia.
    Malec spojrzał na nią swoimi oczami z zaufaniem. Wiedziała, że chłopiec, pomimo luksusów, był najzwyczajniejszym czterolatkiem. Nic go nie wyróżniało spośród innych dzieci. Owszem miał lepsze ubrania, ale nie lubił w nich chodzić, lubił też bawić się w piaskownicy. Po kilku dniach Ludmiła zrozumiała, że mały nie znał jeszcze podziału pomiędzy bogaczami a biednymi. Mimo to, prawie każdego człowieka, kochał. Patrzył na ludzi ufnymi oczami czując, że każdy jest tak samo dobry jak on, miły i kochający.
    Kilka dni po zaprzyjaźnieniu się dziewczyny z małym blondynkiem, do rezydencji powrócił pan domu, jednak blondynka nie miała okazji się z nim spotkać czy przywitać. Kiedy rano wstała mężczyzny już nie było i, jak dowiedziała się przy śniadaniu od Babci, zabrał Rugg'a na wspólny „wypad”. A więc miała cały dzień wolny dla siebie, dlatego postanowiła odwiedzić Violette i Leona.
    Około godziny dwunastej była przed domkiem Verdasów, by po chwili znaleźć się w objęciach małego Daniela.
    - Ciociu, ciociu! – wołał chłopiec tym samym przywołując swoich rodziców. Viola i Leon przywitali przyjaciółkę z radością, chcąc się dowiedzieć, jak minęły Ludmile pierwsze dni w pracy.
    Blondynka, trzymając na kolanach Samiego, opowiadała przez kilkanaście minut o rezydencji, w której mieszka oraz o personelu, który ją uwielbia – pominęła osobę kamerdynera nie chcąc pokazywać przyjaciołom, że postać Evana ją po prostu irytowała. Kiedy jednak doszła do opowiadania na temat Rugg'a nikt nie mógł zamknąć jej ust. Opowiadała o nim z największą pasją, zachwycając się jego miłością, dobrocią i zaufaniem do świata. Leon i Violetta od razu pojęli, że Ludmiła pokochała małego Ruggero jak własne dziecko, ale nie chcieli nic na ten temat mówić. Wiedzieli, że kiedyś przyjdzie dzień, w którym będzie się musiała rozstać z czterolatkiem, ale nie chcieli jej o tym uświadamiać teraz, kiedy próbowała ułożyć sobie życie na nowo.
    - A kto jest właściwie jego ojcem? – zapytał Verdas, kiedy Ludmiła zakończyła swój monolog opierający się nad zachwycaniem się małym blondynkiem.
    - No... Tu jest właśnie problem, bo nie wiem. Nikt nigdy nie chce powiedzieć, kto jest właścicielem, jakby się obawiali, że nie są godni wymówić jego nazwiska – dodała Ludmiła marszcząc czoło. – Wiem jedynie, że facet jest inteligentny, zapracowany, zmęczony i poszukuje matki dla dziecka. Aha, i obecną kandydatką jest niejaka Lisa Miller, która nie darzy małego zbytnią sympatią. Kiedy jest w rezydencji wszyscy pracownicy unikają jej. A Babcia szczególnie. Jest na nią strasznie cięta – dodała chichocząc. – Kiedy mały wrócił do domu, to Lisa prawie codziennie do niego przychodziła, żeby dowiedzieć się, jak się ma. Nie jesteście w stanie nawet sobie wyobrazić, jak krzyczała, kiedy dowiedziała się, że Babcia mnie zatrudniła – Ludmiła nie mogła się powstrzymać od śmiechu. –W życiu nie słyszałam tyle przekleństw z ust kobiety za jednym razem.
    Leoś spojrzał z rozbawieniem na Violettę.
    - Och, zapewniam cię, że ja na pewno słyszałem – powiedział, po czym nagle dostał po głowie ścierką od naczyń. – Ej, za co?!
    - Jak to za co? – zapytała Violetta pomiędzy salwami śmiechu. – Przecież ja nigdy nie klnę.
    - Na pewno – odpowiedział Leon. – A szczególnie wtedy, kiedy twój tata przyjeżdża do nas w odwiedziny i dostajesz ochrzan za to, że nie potrafisz sprzątać. Wybacz, kochanie, musiałem się wtedy przesłyszeć.
    Ludmiła rozglądnęła się po salonie, który, według niej był sterylnie czysty.
    - Naprawdę? – zapytała bardziej siebie niż przyjaciół. – Całe szczęście, że on nie odwiedził mojego mieszkania, póki mieszkałam sama. Co to wtedy by było... – dodała przypominając ze smutkiem całkowity chaos, który panował w całym jej mieszkaniu.
    - Jestem przekonana, że twój tata nie usłyszał tyle przekleństw w ciągu całego życia, ile jej tata w ciągu pięciu minut – dodał Leon zaśmiewając się z własnej żony.
    - A najgorsze było to – dodała Violetta – że nagle Dany zaczął wypytywać
Leona co one oznaczają – dodała rumieniąc się. – Obiecałam sobie wtedy, że nigdy więcej nie dam się sprowokować swojemu ojcu...
    - Co oczywiście ci się nie uda – dokończyli zgodnie Leon z Ludmiłą, śmiejąc się z przyjaciółki.
    - Dziękuje wam za to, że mogę na was liczyć. Naprawdę, jestem wam wdzięczna – dodała udając oburzenie. Nie trwało to jednak długo. Po kilku minutach znów się naśmiewali z Violi i jej wybuchów podczas wizyt rodziciela.
    Tak minął jej dzień i nawet nie zauważyła, kiedy nastał wieczór.
Leonowi i Vilu udało się przekonać ją, by zjadła razem z nimi kolację.
    Kiedy wróciła do rezydencji zauważyła, że, pierwszy raz od wielu dni, pali się światło w gabinecie jej pracodawcy. Jednak nie chciała iść na spotkanie z nim. Czuła, że nie jest na to jeszcze gotowa. Wypłatę dostała pierwszego dnia pracy, dzięki czemu spłaciła jedną z rat kredytu. Nie miała więc powodu, by się spotkać z ojcem Ruggero, który z pewnością był zmęczony po całym dniu z synkiem. Nie miała zamiaru zaprzątać mu swoją osobą głowy.


piątek, 10 kwietnia 2015

Walcząc o Miłość: 4
Zapraszam do komentowania i do zadawania pytań w zakładce do nexcika Kochani. Lecę czytać i komentować wasze blogi. ;D




Ludmiła Ferro mieszkała już w rezydencji cztery dni, ale nie miała okazji jeszcze poznać swojego podopiecznego, który ciągle przebywał u swoich dziadków. Blondynka zauważyła, że atmosfera wśród wszystkich pracowników była z tego – prawdopodobnie – powodu napięta, ale żaden z pracowników nie chciał się do tego przyznać. Sama Ludmiła odczuwała pewną desperację – mieszkała w końcu w obcym domu, by pracować, a nie miała jak do tej pory takiej możliwości.
    W ciągu tych czterech dni Ludmiła sprawiła, że wszyscy pracownicy rezydencji – nie licząc kamerdynera – zapałali do tej młodej kobiety sympatią. Ludzie okazali się być zachwyceni tym, że mogą służyć w domu Pana. Ludmiła nie mogła wyciągnąć od żadnego z pracowników nazwiska człowieka, u którego pracowała, co sprawiło, że nie zachęcała ich do stworzonej przez siebie organizacji pomocy. Przeciwnie – zaczęła powoli rozumieć, dlaczego uwielbiali służyć ludziom.
    Pod wieczór czwartego dnia nieobecności chłopca Babcia, podczas wspólnej kolacji pracowników, w której w skład wchodzili: Babcia i dwie młode kucharki Anna i Joanna – obie były siostrzenicami Babci, ogrodnik Stan Wolf – starszy pan, który uwielbiał rośliny, Ludmiła oraz kamerdyner Evan O’Donnell – mężczyzna w „kwiecie wieku”, jak zwykle mawiała o takich ludziach mama Ludmiły, nieprzyjemny facet, który od pierwszej chwili zapałał do Ludmiły niechęcią – młoda kobieta postanowiła jednak nie zwracać na niego uwagi; powiedziała do wszystkich zebranych:
    - Jeśli jutro oni go nie przywiozą to zgłoszę to na Policję.
    - Babciu – powiedziała Anna. – Nie powinna, Babcia zawracać Policjantom głów z takiego powodu.
    Siostrzenice Babci, co zauważyła Ludmiła również zwracały się do Jane Spencer per Babcia. Blondynka nie mogła się oprzeć wrażeniu, że kobieta po prostu lubiła być traktowana jak babcia. Ludmiła często zastanawiała się przed snem, czy przyczyną nie jest fakt, że Jane Spencer nie posiadała ani dzieci, ani wnuków.
    - Uważam, że Anna ma rację, Babciu – powiedział ogrodnik Stan, co w jego ustach zabrzmiało nieco śmiesznie. W końcu sam mógłby być dziadkiem. – To nie ma sensu. Nie możemy wywołać konfliktu pomiędzy dziadkami chłopca a panem. Mogą zarzucić mu, że zakazuje im się z nim spotykać.
    - Ależ nie zakazuje – odpowiedziała oburzona Babcia. – Oni po prostu nadużywają czasu, jaki pan im wyznaczył! Przecież to tak być nie może! Czy oni myślą, że uda im się odebrać chłopca?!
    Ludmiła zatrzymała rękę z widelcem w połowie drogi do swoich ust.
    - Uważam, że przesadzasz, Jane – powiedział zgryźliwym tonem kamerdyner. – Pana i tak nie ma w domu. Kto wie? Może pan wyraził zgodę na to, by tak długo trzymali u siebie chłopca. W końcu nie wiadomo, kiedy on sam wróci do domu...
    - Evanie, czyżbyś chciał powiedzieć, że pan jest nieodpowiednim ojcem?! – zawołała rozeźlona Babcia.
    - Jane, ja niczego takiego nie powiedziałem. Po prostu uważam, że nieobecność pana wpływa na niekorzyść jego kontaktów z dzieckiem. Ot, co powiedziałem – kamerdyner postanowił więcej się nie wypowiadać na ten temat poprzez jedzenie sałatki.
    Babcia popatrzyła zmrużonymi oczami na kamerdynera, po czym sama zaczęła jeść kolację. Po kilku minutach ciszy zapytała:
    - A co ty uważasz w tej sprawie, Joanno?
    Szatynka spojrzała z ukosa na kamerdynera, który uśmiechnął się pod nosem, na co dziewczyna spłonęła rumieńcem. Ludmiła doszła do wniosku, że będzie musiała się dowiedzieć, co Joanna czuje do tego wrednego i złośliwego faceta, bo cokolwiek to by nie było to, zdaniem Ludmiły było złe.
    - Ja... Ja... Ja nie wiem – powiedziała patrząc na swoje dłonie. – Nie mogę nic w tej sprawie powiedzieć, bo i tak, Babciu, zrobisz to, co uważasz za słuszne.
    Jane Spencer nie była zadowolona z odpowiedzi, która popierała jej przeciwników. Ludmiła była przekonana, że wszystko jest postanowione, kiedy usłyszała:
    - A ty, Ludmiłko?
    Wszyscy pracownicy spojrzeli na nią z wyczekiwaniem w oczach. Blondynka przełknęła głośno ślinę.
    - Uważam – zaczęła powoli – że jeśli to jest konieczne to należy przede wszystkim skontaktować się z ojcem chłopca i go o tym poinformować.
    Wszyscy, prócz Ludmiły, jak jeden mąż wstali ze swych miejsc i równocześnie wypowiedzieli:
    - Och, nie! Boże chroń nas, świat i rezydencję od gniewu pana!
    Ludmiła spojrzała na nich zaskoczona.
    - To była tylko taka propozycja...
    - Musi pani wiedzieć, panno Ferro, że nasz pan nie może się dowiedzieć, że dziadkowie przetrzymują za długo panicza bez jego wiedzy – wysyczał jadowicie kamerdyner.
    - W takim razie – odpowiedziała Ludmiła zła na kamerdynera – proszę coś wymyślić i sprowadzić dziecko zanim ojciec się o tym dowie. A jeśli pan tego nie zrobi, to może rzeczywiście należy powiadomić Policje. Nie sądzi pan?
    Przez chwilę patrzyli na siebie z niechęcią w oczach. Po chwili kamerdyner odwrócił się i wyszedł z kuchni trzasnąwszy drzwiami. Po chwili Joanna także wybiegła z pomieszczenia.
    - Doskonale, Ludmiło – powiedział ogrodnik Stan klaszcząc w dłonie. – Dawno nikt mu tak nie dokopał, jak ty teraz.
    - Ja... – Ludmiła czuła się źle. Nie miała prawa naskakiwać na tego mężczyznę, choćby go nienawidziła. – Ja pójdę się położyć. Źle się czuję...
    Kilka minut leżała w swoim łóżku zastanawiając się nad całą sytuacją. To było nienormalne, żeby dziadkowie chcieli odebrać dziecko ojcu. Musiałby być naprawdę jakimś tyranem, który katuje swojego pierworodnego. Ludmiła zaczęła zastanawiać się nad tym pod względem prawnym – czy było możliwe odebranie dziecka rodzicowi przez dziadków. Nie raz słyszała o takiej sytuacji, ale nigdy nie zagłębiała się w to. Była przekonana, że takie rzeczy zdarzają się raz na jakiś czas. Teraz jednak wnioskując z tego, co mówiła Babcia okazywało się, że takie rzeczy działy się częściej niż sądziła.
    Nie wiedziała kiedy usnęła. Nagle otworzyła oczy, które natychmiast zamknęła pod wpływem Słońca. Musiało już być późno, skoro promienie słoneczne padały na jej twarz. Spojrzała na budzik – widniała na nim godzina dziewiąta.
    Usiadła na łóżku próbując się wsłuchać w jakikolwiek dźwięk, ale wszędzie dochodziła ją cisza. To nie było normalne. Szybko wyskoczyła z łóżka, po czym założyła ubranie przygotowane dzień wcześniej – oczywiście swoje, te co miała w garderobie to nawet na nie więcej nie spojrzała – po czym zeszła szybkim krokiem na dół do kuchni, ale nie zastała tam nikogo.
    - Dzień dobry! – zawołała, ale nikt jej nie odpowiedział. Ludmiła wyszła z kuchni, po czym ruszyła na dalszy obchód poszukując jakiegokolwiek mieszkańca rezydencji. – Dzień dobry! Czy jest ktoś w domu?! – wołała, ale nikt jej nie odpowiadał. Blondynka poczuła się strasznie samotna w tym wielkim pustym domu. Nie chciała się przyznać sama przed sobą, że bała się być sama.
   Zeszła schodami do holu, po czym podeszła do mahoniowych drzwi, które pchnęła lekko, by wyjść na dwór. Niestety i tam nikogo nie zastała. Po dziesięciu minutach przeszukiwania podwórka powróciła do pustego domu nie wiedząc co ze sobą zrobić.
    Przez kilka godzin samotnie chodziła po rezydencji czując się całkowicie zagubiona. Nie wiedziała, co ze sobą począć, dlatego też pozwoliła sobie pooglądać dokładnie obrazy i rzeźby znajdujące się w holu.
    Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, a do holu wszedł kamerdyner patrząc nienawistnym wzrokiem na Ludmiłę, po czym przeszedł obok niej bez słowa. Po chwili pojawili się inni pracownicy. W tym Babcia.
    - Witaj, Ludmiło. Mam nadzieję, kochaniutka, że zjadłaś śniadanie przygotowane dla ciebie – powiedziała uśmiechając się promiennie do blondynki.
    - Ja... właściwie...
    Babcia machnęła ręką.
    - Och, mogłam się domyślić, że nie zjesz. Ale nie martw się. Za trzy godziny poznasz naszego małego chłopczyka – dodała uśmiechając się promiennie.
    - Ale jak to? – Ludmiła wydawała się być zszokowana nadmiarem towarzystwa Babci. Informacje docierały do niej wolniej niż zazwyczaj.
    - A, tak! – klasnął w dłonie ogrodnik Stan. – Evan postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i pojechał do dziadków chłopca. Po kilku godzinach rozmowy udało się nam go odzyskać.
    - Aha – odpowiedziała Ludmiła patrząc na Joannę, która nieśmiało się do niej uśmiechnęła. – To ja może pójdę coś zjeść – dodała, po czym ruszyła w stronę kuchni całkowicie zestresowana.
    Miała tylko trzy godziny do tego, by przygotować się do spotkania z chłopcem. Nie miała zbyt dużo czasu, aby się przygotować i zrobić na nim dobre wrażenie.
    Praktycznie rzecz biorąc to go w ogóle nie posiadała...


wtorek, 7 kwietnia 2015

Walcząc o Miłość: 3

Co sądzicie czekam na waszą opinie w komach. :D 





Stała przed wielką rezydencją, której widok zaparł Ludmile dech w piersiach. Ktokolwiek tutaj mieszkał musiał być bogaty i mieć mało czasu, by zająć się odpowiednio swoim dzieckiem. Ludmiła zrozumiała już potrzebą posiadania samotnego mężczyzny do posiadania guwernantki – w końcu musiał z czegoś utrzymać rezydencję.
    Kiedy pojawiła się przed mosiężną bramą natychmiast się otworzyła mimo, że Ludmiła nikogo nie widziała. Być może to wiatr, pomyślała przekraczając granicę oddzielającą rezydencję od pozostałej części przedmieścia Londynu. Ledwo przekroczyła przejście, brama zatrzasnęła się z trzaskiem sprawiając, że młodą kobietę obleciał strach. Nie mogła się jednak poddać tylko dlatego, że wystraszyła się bramy. No bez przesady. W końcu była odważną Kobietą...
    Przeszła wolnym, aczkolwiek zdecydowanym krokiem przez imponujący swoim wyglądem podwórze zrobione na wzór parku po środku znajdowała się ścieżka prowadząca do wielkich granitowych schodów. Ludmiła idąc parkiem uważnie przyjrzała się otaczającemu ją otoczeniu. Z lewej strony znajdowało się jeziorko, a nad nim mostek – z pewnością odwiedzany przez dziecko, co zauważyła Blondynka z uśmiechem. Na jeziorze pływała mała łódeczka wykonana własnoręcznie przez nie wprawione rączki. Zaś po prawej stronie kobieta dostrzegła rzeźbę jakiejś kobiety, Ludmiła domyśliła się, że musi to być pamiątka po zmarłej żonie swojego pracodawcy. Na tą myśl zrobiło jej się smutno. Chyba bardzo musiał ją kochać, skoro wystawił na jej cześć pomnik.
     Zgrabnie weszła po schodach stając przed wielkimi mahoniowymi drzwiami, na których znajdowała się mosiężna kołatka, ale kobieta również dostrzegła obok mały dzwonek do drzwi, co uratowało ją z opresji. Wątpiła, by udałoby się jej podnieść tą wielką i ciężką kołatkę.
    Przez kilka minut myślała, że dzwonek nie działa, bo nikt nie przychodził, by otworzyć drzwi. Zastanawiała się też czasem, czy nie pomyliła adresu, ale  to chyba nie było możliwe. W okolicy nie było innego domu.
    Już miała chwycić za kołatkę, kiedy drzwi się otworzyły, a zza niech wyglądała starsza pani uśmiechająca się do Ludmiły przyjaźnie. Kobieta natychmiast odwzajemniła uśmiech widząc dobroć w oczach starszej pani. Była pewna, że się z nią zaprzyjaźni.
    - Dzień dobry, nazywam się Ludmiła Ferro. Czy mam zaszczyt rozmawiać z panią Spancer? – zapytała uśmiechając się promiennie na co, starsza pani się zarumieniła. Ludmiła odniosła wrażenie, że nikt jeszcze nie odnosił się tak do starszej pani.
    - Witam, panno Ferro – powiedziała ciepłym babcinym głosem starsza pani. – Tak, jestem Jane Spencer. Cieszę się, że już panienka jest – skłoniła się przed Ludmiłą, co sprawiło, że poczuła się niezręcznie.
     - Och – powiedziała, po czym zaśmiała się. – Proszę nie mówić do mnie panienka. Jestem Ludmiła. Tylko Ludmiła.
     Starsza pani zaśmiała się na słowa blondwłosej, po czym otworzyła szerzej drzwi zapraszając Ludmiłę do środka. Dziewczyna uśmiechnęła się przyjaźnie, po czym weszła do wielkiego halu, który sprawił, że na chwilę odebrało jej mowę.
    - No to w takim razie mów mi Babciu, Ludmiłko – starsza pani zamknęła drzwi na klucz, po czym zaczęła prowadzić dziewczynę przez hal. – Pan domu, jak mówiłam musiał wyjechać, ale nawet gdyby był w domu to raczej byś go nie spotkała, Ludmiło – zagadnęła po chwili, by odwrócić uwagę młodej kobiety od przepychu i ornamentów.
    - Dlaczego? – zapytała Ludmiła spoglądając na Babcię z zaciekawieniem.
    - Pan ciężko pracuje – odpowiedziała wzdychając. – W ostatnim czasie na nic nie ma czasu. Ostatnio nie miał czasu nawet zjeść kolacji z synkiem. A na dodatek ma na głowie tą całą lafiryndę... – dodała ciszej, by Ludmiła tego nie usłyszała.
    - Chce mi pani powiedzieć... To znaczy, chcesz mi Babciu powiedzieć, że nie ma kontaktu z dzieckiem? – zapytała zaskoczona brunetka.
    - Ma, oczywiście, że ma – zaprzeczyła szybko Babcia. – Po prostu chcę ci powiedzieć, Ludmiło, że nie ma czasu na załatwianie takich spraw jak przyjęcie pani w normalny sposób. Bardzo żałował, że nie może, jak się wyraził, dokonać oględzin, ale ufa, że jest pani godną osobą na stanowisko guwernantki dla jego ukochanego synka.
    Ludmiła doszła do wniosku, że ojciec dziecka musi bardzo kochać synka, skoro powierza go opiece obcej kobiecie ufając Babci przy dokonanym wyborze. Blondynka postanowiła zrobić wszystko, by nie zniszczyć zaufania właściciela domu do Babci. W końcu to od jej pracy zależało, czy tak się stanie czy też nie. A jej celem było pracować najlepiej, jak tylko potrafiła.
    Babcia oprowadziła Ludmiłę po rezydencji opowiadając jej ciekawe anegdoty dotyczące niektórych rzeźb i obrazów – dziewczyna zauważyła nawet oryginał jednej z rzeźb Berniniego. Przez godzinę poznawała lokalizację takich pomieszczeń jak łazienka, pokój chłopca, którego w obecnym czasie nie było w domu. Był u dziadków, jak powiedziała z przekąsem Babcia – Ludmiła domyśliła się, że kobieta nie darzyła ich sympatią.
    - To jest twój pokój – powiedziała starsza pani otwierając drzwi do wielkiej jasnej sypialni. 
    Ludmiła poczuła, że ma łzy w oczach. Pokój, w którym właśnie stała był pokojem jej marzeń.
    Naprzeciwko drzwi znajdowało się ogromne okno z wyjściem na balkon, do których przymocowane były kremowe zasłony. Przy lewej ścianie znajdowało się ogromne łóżko z baldachimem, na którym mogło się śmiało zmieścić z sześć osób. Ludmiła zauważyła, że pościel na łóżku była wykonana z satyny (nie była tego pewna, ale wolała się o tym przekonać później). Przy łóżku znajdowała się szafka nocna, a na niej piękna lampka, której barwa zmieniała się pod wpływem światła słonecznego. Podłoga była wykonana z automatycznie podgrzewanych brązowych kafelków, zaś ściany były pomalowane na kremowy kolor delikatnie wpadający w fiolet. Po prawej stronie pokoju wbudowana w ścianę była mała biblioteczka oraz szafa, która kryła w sobie kolejny pokój, jakim była garderoba. Ludmiła stała z otwartą buzią nie wiedząc co powiedzieć. Garderoba była podzielona na kilka sektorów. W jednym z nich mogła znaleźć buty – nie wiedziała skąd tam się znalazły różne buty o jej rozmiarze, w innym miała sukienki, w jeszcze innym spodnie, bluzki, bieliznę i inne. Największą uwagę Ludmiły przyciągnął sektor strojów wieczorowych. Dziewczyna nie wiedziała po co jej to wszystko, ale nie chciała pytać na razie o to Babcię. Wiedziała, że i tak nie skorzysta z rzeczy, które znajdowały się w garderobie. Miała własne ciuchy, a nie chciała nikogo naciągać. Poza tym – jeśli licząc materialnie, tak jak to właśnie robiła Ludmiła – to za cenę tych wszystkich ubrań razem wziętych mogłaby spłacić część kredytu, który był jej kulą u nogi.
    - Nie podoba się? – zapytała ze smutkiem w głosie Babcia.
    - Nie podoba się? – zapytała zszokowana Ludmiła. – Tu jest przepięknie, ale... To za dużo. Naprawdę nie trzeba było...
    - Pan kazał zadbać o twoją wygodę, Ludmiłko, dlatego nie warto się sprzeciwiać jego słowom. Jeśli coś rozkaże to tak będzie, czy tego ktoś chce czy nie.
    Ludmiła spojrzała na Babcię chcąc odczytać z jej twarzy pogląd dotyczący tego czy popiera teorię swojego pracodawcy, czy też nie. Starsza pani chyba musiała wielbić go, bo ewidentnie było widać, że zgadzała się ze wszystkim, co robił i twierdził właściciel rezydencji.
    - Rozgość się, Ludmiło. Wiesz, gdzie jest łazienka. Za godzinę przyjdę po ciebie, żebyś poznała innych pracowników – dodała puszczając jej perskie oko.
    Kiedy drzwi od jej pokoju zamknęły się za Babcią Ludmiła podeszła wolnym krokiem do ogromnego łóżka, na którym usiadła, równocześnie się bojąc o to, by czegoś nie zniszczyć. Upewniwszy się, że wszystko jest w porządku dotknęła ręką materiału, chcąc się upewnić o swojej znajomości materiałów. Nie zawiodła się. To była satyna.
    Ludmiła czuła się jak księżniczka. Pierwszy raz w życiu czuła, że coś się zmieni na lepsze. Nie umiała się oprzeć wrażeniu, że właśnie dzięki tej pracy stanie się coś, co sprawi, że jej życie nabierze ponownie sensu.